Smoki i motyle

Część 1

Zwykle nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć intencji smoków ani ich prawdziwej natury.

Wystarczy spojrzeć na określające je wyrażenia, które nietrudno znaleźć w słowniku synonimów. Porównuje się je tam do brzydactw, dziwolągów, glonojadów, gnomów, kreatur, maszkar, paszczurów, a nawet pasztetów. *

Jest to jednak niesprawiedliwe, bo wcale, ale to wcale nie są nieatrakcyjnymi, bezdusznymi, czy też destrukcyjnie ziejącymi ogniem potworami. To znaczy, od czasu do czasu zdarzy im się malutkie ziejątko, ale to tylko dlatego, że mają problemy z trawieniem. Ludzi też męczy refluks, a nikt ich nie oskarża o celowe omijanie etykiety przy stole, prawda?

Smoki nie mają również zimnych serc ani nie są gruboskórne. Wręcz przeciwnie. Ich pokryte łuskami ciało nie dość, że uroczo mieni się w słońcu, to jest na dodatek niezwykle delikatne. Do tego stopnia, że wspomniana łuska, jeśli dotknięta zostaje przez osobnika o czarnych myślach i negatywnych zamiarach, natychmiast odpada, by w jej miejsce pojawiła się nowa, nieskażona żadnego rodzaju ciemnością jednostka. Dlatego błyszczy intensywniej, a jej moc jest jeszcze silniejsza. Nie szukajcie jednak tych wykruszonych płatków smoczej skóry w pobliskich lasach czy jeziorach. Łuska taka jest bowiem towarem niezwykle drogocennym, szczególnie dla samych smoków. Zbierają je uważnie i przechowują w specjalnie przeznaczonych do tego celu, kryształowych naszyjnikach. Kiedyś na pewno opowiem wam, dlaczego mają to w zwyczaju.

Zastanawiacie się pewnie, jak to możliwe, że z takim obeznaniem przedstawiam tutaj smoczą naturę. Bardzo możliwe, że podzielałabym wasze wątpliwości, gdyby nie fantastyczne spotkanie, którego miałam szczęście kilka dni temu doświadczyć. Ta niezwykła rozmowa z donośnym rykiem przewartościowała wszystkie moje wcześniejsze wyobrażenia na temat mitycznych stworzeń.

Zacznę jednak od początku.

Dzień był ciepły, ale wilgotne powietrze i spowite grubą warstwą szarych chmur niebo niewątpliwie zapowiadały zbliżającą się burzę. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, postanowiłam wybrać się na wycieczkę moim dotkniętym już nieco ręką czasu rowerem. Zapakowałam do plecaka zapas wody, kanapki i dwa ugotowane na twardo jajka, po czym ruszyłam na podbój Embalse de Cuevas del Almazora. To malownicze miejsce znajduje się zaledwie jedenaście kilometrów od Finki San Mateo, więc droga, może poza kilkoma stromymi wzniesieniami, była całkiem przyjazna.

Szybciej, niż się spodziewałam, znalazłam się w zachwycającym świecie ogromnej tamy i gór, u stóp których leżą spokojne, szerokie lustra turkusowych jezior. Postanowiłam zostawić rower na parkingu, a na spacer wybrać się o własnych siłach. Uwielbiam się wspinać. Jest to jeden z najbardziej osobliwych fenomenów mojego istnienia, bo cierpię przecież na dość zaawansowaną odmianę lęku wysokości. To jednak zupełnie nie zniechęca mnie do wycieczek w góry. Może unikam tylko stromych krawędzi i staram się trzymać katastroficzny dział mojej wyobraźni na wodzy.

Okolica powaliła mnie, na szczęście nie dosłownie, na kolana. Bo jak nie odurzyć się odbiciem gór, które z takim wdziękiem zanurzają swoje podnóża w błyszczącej tafli wody? Jak nie oniemieć na widok wszechogarniającej i doskonałej natury? Nie wpatrywać się w kwiaty, trawy czy bzykające w chaszczach pszczoły?

Jak dla mnie – niewykonalne.

Szłam więc przed siebie, w zachwycie i zamyśleniu, spoglądając jednak czasem przytomnym okiem pod nogi, żeby żadnemu złośliwemu, śliskiemu kamieniowi nie przyszło na myśl podstawienie mi nogi.

W pewnym momencie usłyszałam jednak odgłos, który z efektem natychmiastowego otrzeźwienia przywrócił mnie do rzeczywistości.  Był to przeszywający ryk, kojarzący się raczej z filmami fantastycznymi, niż z popołudniowymi spacerkami. Przystanęłam na chwilę zaskoczona, ale rozumna strona mojego jestestwa od razu podpowiedziała jasno, że to pewnie odgłos kłębiącej się wody w podziemnych zbiornikach i rurach połączonych z tamą. Jednak strona rozmarzona, czyli ta totalnie oderwana od ziemi, intuicyjnie zanegowała tą informację.

Dźwięk powtarzał się raz po raz, zupełnie nieregularnie, czasem głośno i groźnie, a chwilami wręcz żałośnie. Po dłuższej chwili przysłuchiwania się niezwykłym odgłosom, zdecydowałam, że oto nadszedł odpowiedni moment na odwrót i zaczęłam kierować się w stronę parkingu.

Nie, nie bałam się. No, może troszeczkę, tak tyciu, tyciu.

Ale tylko do momentu, kiedy na tle żółtych kwiatów zauważyłam niezwykłej urody motyla. Fruwał od płatka do płatka, a gdy podekscytowana podeszłam z gotowym na piękne kadry aparatem fotograficznym, odważnie przysiadł na moim obiektywie. Motyle nieczęsto mają tyle odwagi, żeby aż tak zbliżyć się do człowieka, ale ten wydawał się jakiś inny.

I nagle wszystko, ale to wszystko ucichło.

Krzyczące do tej pory ptaki przestały świergolić, a pszczoły zamilkły, jakby grupowo udały się na popołudniową sjestę. Na plecach poczułam ciepłą, miękką bryzę, która jednak nie okazała się powiewem wiosennego wiatru.

Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam smoczego oddechu.

*https://synonim.net/synonim/smok

Published by szymanskawriterteacher

I am a writer and teacher who lives in Andalusia. The colours of this place, visible on every single level, inspired me to write a story serie. It is called "Pages from Finca San Mateo" or "Kartki z Finki San Mateo", because I write in two languages - English and Polish.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: