Frida i Magdalena

Kilka słów wstępu i wyjaśnienia

Poniższe opowiadanie spełnia moje marzenie o podróży do Meksyku, której głównym punktem jest odwiedzenie Casa Azul, rodzinnego domu Fridy Kahlo. Marzyłam o tym odkąd byłam bardzo młoda i po raz pierwszy trafiłam na jej obrazy. Mimo że, jak do tej pory, nie stanęłam na ziemi Coyoacán, ilość przeczytanych książek, artykułów i obejrzanych dokumentów sprawia, że uważam je za miejsce doskonale mi znane.

Nie, nigdy tam nie byłam ani nie spotkałam Fridy. Jednak wspaniała wolność języka literatury pozwala bawić się moją wyobraźnią i w niezwykle przyjemny sposób łączyć ją z faktami. I tak powstaje opowiadanie o tym, co na pewno wkrótce się wydarzy.

Zapraszam 🙂

Kiedyś myślałam, że jestem najdziwniejszą osobą na świecie, ale z czasem doszłam do wniosku, że jest tylu ludzi na świecie, że gdzieś musi być ktoś taki, jak ja, ktoś kto czuje się dziwaczny i pełen wad, w ten sam sposób, jak i ja się czuję. Wyobrażam sobie ją i wyobrażam sobie, że ona też musi myśleć o mnie.

Cóż, mam nadzieję, że jeśli tam jesteś i czytasz te słowa, to wiesz, że tak, prawda, jestem tutaj i jestem równie szalona, jak ty. – Frida Kahlo

Idę ulicami Coyoacán i wszystkimi zmysłami czuję, jak nareszcie spełnia się moje marzenie. Jest wczesny, letni poranek, ale słońce już zaczyna prażyć i zbierać kropelki potu spływające z mojego czoła. W związku z wysoką odpornością na ciepło (i żadną na zimno), upał mi zupełnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, czuję się wspaniale patrząc prosto w tą rozgrzaną, błyszczącą kulę. Idę środkiem niewielkiej uliczki i mijam pociągnięte czasem, ale jaskrawo kolorowe budynki. Ciemnoczerwone, pomarańczowe i niebieskie mury odbijają na sobie promienie słońca i w ten sposób wydają się jeszcze bardziej malownicze. Przystaję na chwilę przy ogromnym kaktusie, który właśnie kwitnie pięknymi, żółtymi kwiatami. Rozglądam się wokół i zaczynam obserwować barwnych przechodniów. Staruszki zmierzające na rynek i młodzi mężczyźni spieszący się do pracy mieszają się z gwarnymi i roześmianymi dziećmi, które już niedługo znajdą się w ławkach szkolnych. Ktoś podśpiewuje, jakaś matka głośno strofuje rozrabiające pociechy, a dwaj chłopcy nawołują się z przeciwnych stron ulicy. W pewnej chwili mija mnie smukła dziewczyna z ciemnymi, lśniącymi od światła włosami i zawadiackim spojrzeniem. Teraz ona mi się przygląda, tej tak bardzo wschodnioeuropejskiej twarzy i rozjaśnionym od słońca włosom. Czas jakby spowalnia, a na ustach dziewczyny pojawia się uśmiech. Tak, to jest ona.

Zawsze była mi bliska. Odkąd jako nastolatka zobaczyłam ją na jednym z autoportretów, zapałałam do niej wielką sympatią. Zapamiętałam jej duże, ciemnobrązowe oczy, które patrzyły w smutny, a jednocześnie zadziorny sposób.  Jakby próbowały powiedzieć, że niczego się nie boją, ale w środku ukrywały delikatną i wrażliwą duszę.

Takim właśnie była dzieckiem, uroczym rozbójnikiem. Wyglądała, jak mały aniołek z wpiętą w czarne włosy, dużą kokardą, jednak zachowaniem bardziej przypominała chłopca. Uwielbiała płatać figle dorosłym, przeklinała, jak szewc i lubiła być w centrum uwagi. Z drugiej strony bywała też wycofana i pełna kompleksów. Już jako sześciolatka doświadczyła wiele bólu, kiedy zachorowała na ciężką odmianę polio. Konsekwencją kilkumiesięcznego cierpienia było osłabienie prawej nogi, która stała się krótsza i widocznie szczuplejsza od lewej. Cóż, dzieci w wieku szkolnym nie są łaskawe dla inności, więc mała Frida narażona była z tego powodu na wyśmiewanie i kpiny. Także niemiecko-żydowskie pochodzenie jej ojca nie ułatwiało życia w Meksyku początku dwudziestego wieku.

Dziewczyna puściła do mnie oko i poszła dalej, wtapiając się w kolorowy tłum. Przez chwilę stałam, jak zamurowana, ale nagły skowyt ulicznego psa wyrwał mnie z letargu i bez chwili namysłu za nią pobiegłam. Popychając przechodniów, próbowałam jeszcze dojrzeć jej śnieżnobiałą bluzkę, ale niestety, zniknęła gdzieś w tłumie.

Zasapana, stanęłam wreszcie, żeby złapać oddech. Powoli podniosłam wzrok i zdałam sobie sprawę, że stoję naprzeciwko Casa Azul, rodzinnego domu Fridy Kahlo. Dałam sobie chwilę, żeby pozbierać rozproszone myśli. W kieszeni ciągle jeszcze miałam mapę, której pierwotnym zadaniem było zaprowadzenie mnie w to właśnie miejsce. Cóż, okazała się zbędna.

Na szczęście miałam już bilety i nie musiałam stać w kolejce, dlatego raźnym krokiem wkroczyłam na podwórze. Ściany domu pomalowane były na niebiesko, co w magiczny sposób zgrywało się z zielenią gęsto zarastających ogród kaktusów. Znałam ten dom prawie na pamięć ze zdjęć i filmów, więc nie zwlekając weszłam po wąskich, zewnętrznych schodach na pierwsze piętro. Uderzył mnie specyficzny, ciągle utrzymujący się we wnętrzach domu zapach, mieszanina farb, leków i starych, drewnianych mebli.  I oto było. Łóżko z baldachimem i wbudowanym lustrem. To na nim Frida przeleżała pierwsze miesiące po wypadku autobusu, którym jako osiemnastolatka wracała do domu. Często próbowałam wyobrazić sobie scenę uderzenia autobusu z tramwajem, rozsypujące się w powietrzu drobiny malarskiego złota, trzask łamanej blachy i przerażenie na twarzach podróżujących… I wreszcie drobną Fridę, przebitą na wylot metalowym palem, nieświadomą jeszcze, że napiętnował on jej istnienie niekończącym się bólem.

Przez długie tygodnie była na pograniczu życia i śmierci, aż do momentu przywiezienia jej tutaj, na to właśnie łóżko. Łóżko, na którym zaczęła malować samą siebie, bo cóż innego stanowiłoby ciekawszy i bardziej dostępny obiekt?

Delikatnie dotykam haftowanej pościeli i wtedy, w kącie pokoju, znów ją widzę. Teraz jest jakby starsza i nieco poważniejsza, porusza się ostrożnie, ale z wdziękiem. Tak właśnie musiała wyglądać podczas pamiętnego spotkania z Diegiem Riverą. Przyjechała dla niego aż do centrum Mexico City, żeby pokazać mu swoje obrazy i urodzić jego dziecko. Ten pierwszy był powodem formalnym, drugi natomiast znali jedynie najbliżsi młodej Kahlo – przyjaciele i siostra Cristina. Tak, tak, Frida już jako nastolatka szykowała sidła na tego meksykańskiego malarza murali.

Cóż, udało jej się. Przynajmniej częściowo.

Czuję, że muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Energia tego domu wciąż buzuje ogromnym cierpieniem i ja to odbieram, jak zapach papierosa, który osobę niepalącą przyprawia o mdłości. Wychodzę do ogrodu i przysiadam na niewielkim murku. Tutaj siadywali jeszcze przed ślubem, kiedy Diego w każdą niedzielę odwiedzał swoją wybraną gołębicę, jak nazywała ją matka. Ropucha i gołębica. Coś jest w tym porównaniu.

Często zastanawiam się, czy Frida była szczęśliwa.  Czy kobieta regularnie zdradzana przez męża czuje się w związku bezpieczna? I w jakim stopniu może się z tym pogodzić? Była artystką, miała swój świat i przekonania, na ile jednak zostały one na niej w pewien sposób wymuszone? Czy tak było? A może zachowywała dobrą minę do złej gry? Trudno powiedzieć i nie moim zadaniem jest tego typu osądzanie. Nie lubię oceniać zachowań ludzi, nawet tych, które trudno mi zrozumieć. Nie siedzę w ich głowach, sercach ani domach. Jak bowiem znając daną sprawę jedynie z własnej perspektywy można ośmielić się wydawać wyroki? Jak wielkie ego trzeba w sobie nosić, żeby to robić?

Bardzo bym chciała jednak, żeby przez życie Fridy przebijały promienie światła, a nie tylko ciemność. Jak wspomniałam, zawsze była częścią mojego istnienia, a to sprawę wyjaśnia, prawda?

Zamykam oczy i staram się chwilę odsapnąć, bo jestem już zmęczona. Widzę pieski Xolo biegające po ogrodzie i łaszące się do nóg swojej pani. Kobieta ma na sobie strój Tehuana i hibiskusy wplecione we włosy. Ona również jest znużona i siada na murku obok mnie. Dłońmi, które zdobią masywne pierścienie, pieści zwierzaki i patrzy przed siebie. Szkoda, że to nie wiosna i trawa jest niemal zupełnie zeschnięta. W takich chwilach uwielbia się bowiem na niej położyć i oddać Matce Ziemi. Wtedy zapomina o bólu, własnej kruchości i głębokiej potrzebie pozostawienia po sobie choćby najmniejszego śladu. Często zastanawia się, w jakim właściwie celu przyszła na świat, nie ma przecież dzieci, więc ten podstawowy sens istnienia w jej przypadku nie zostanie spełniony. Wie jednak podświadomie, że nie wszystko po niej umrze. Zostanie dużo więcej, niż garstka popiołu w tamtej urnie.

Wstaję, otrzepuję spódnicę i czuję, że już czas się pożegnać. Pani domu uśmiecha się zawadiacko i rzuca jakiś żart, ale widzę, że też jest wzruszona.

Do widzenia Magdaleno. Frido? Co za różnica…

Źródła, które są inspiracją powyższego opowiadania:

  • Kahlo Andrea Kettenmann
  • Frida Barbara Mujica
  • Diego i Frida J.M.G. Le Clezio
  • The life and times of Frida Kahlo (film)

i wiele, wiele innych…

Published by szymanskawriterteacher

I am a writer and teacher who lives in Andalusia. The colours of this place, visible on every single level, inspired me to write a story serie. It is called "Pages from Finca San Mateo" or "Kartki z Finki San Mateo", because I write in two languages - English and Polish.

3 thoughts on “Frida i Magdalena

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: