Meble mojego życia

Dom był naprawdę malutki. Jednak, z niezrozumiałego bliżej powodu, każda mijająca go osoba mimowolnie zatrzymywała na nim spojrzenie. Co widziała? Parę drzew orzecha włoskiego i wyłaniający się za nimi niewielki taras z dwoma wiklinowymi krzesełkami i małym, okrągłym stolikiem. Pozornie nie było to nic nadzwyczajnego, a jednak… Może sposób, w jaki promienie słoneczne padały na drewnianą balustradę, a może ogromna ilość kwiatów poustawianych w kolorowych wazonach, w każdym razie obok tego domu nie można było przejść obojętnie.

Codziennie więc, mijając go w drodze do pracy, zastanawiałam się nad jego urokiem. Z czasem jakaś niewidoczna siła zaczęła przyciągać mnie bardziej i bardziej. Przechodząc obok niego celowo zwalniałam kroku, przyglądając się szczegółom, jak drewniane figurki kotów rzędem poustawiane na parapetach czy dzwoneczki wietrzne śpiewające przy każdym, niewielkim nawet powiewie. Od czasu do czasu zatrzymywałam się nawet na chwilę, żeby popatrzeć na dwa psy, które wesoło baraszkowały na tarasie i pomiędzy drzewami. Wszystko to sprawiało, że atmosfera domku wydawała mi się wręcz bajkowa. Jakże szczęśliwi ludzie muszą tam mieszkać – powtarzałam w myślach. Niestety dla mnie niezwykły domek, jak go sobie nazywałam , wydawał się jedynie nierzeczywistym i bardzo odległym marzeniem…

I tak mijały kolejne miesiące, pory roku, lata… Wiele w moim życiu się zmieniło, odeszli ludzie, których kochałam, a oczy przestały błyszczeć w dawny sposób… Ale domek stał w swoim spokoju i niezmienności.

Szara codzienność stawała się jednak rutyną i wydawało mi się, że tak już będzie zawsze.

Aż pewnego popołudnia… Niezwykle deszczowego popołudnia muszę dodać… wiatr porwał moją ulubioną parasolkę, pamiątkę po kimś niezwykle bliskim, i rzucił ją z siłą huraganu prosto pod drzwi niezwykłego domku.

Otwierając drewnianą furtkę, miałam trudne do wytłumaczenia uczucie, jakbym wreszcie wracała do domu. Od wielu lat, odkąd wyprowadziłam się z mojego rodzinnego miasta, nigdzie nie czułam się do końca u siebie. Nigdy też nie byłam tak radosna i podekscytowana, jak w chwili, gdy powoli kroczyłam  ścieżką ku oświetlonym i tak znanym mi oknom.

Stanęłam przed drzwiami niezwykłego domku i właściwie nie chciałam już jedynie mojej czerwonej parasolki. Jakieś niewytłumaczalne uczucie nie pozwalało mi odwrócić się od zawieszonej nad drzwiami, błyszczącej lampki. Gdy się tak w nią wpatrywałam, niemal zahipnotyzowana, postanowiłam zapukać. Ale gdy tylko podniosłam dłoń, drzwi, jak zaczarowane, otworzyły się bezszelestnie.

– Czekałam na ciebie – powiedziała szeroko uśmiechnięta, starsza pani i spojrzeniem zaprosiła mnie do środka.

A ja byłam pewna, że ona rzeczywiście wiedziała, że przyjdę.

Wnętrze domku było równie bajkowe, jak jego otoczenie. Nieduże, ale przestronne. Kominek z szalejącymi językami ognia i wiklinowe kosze wypełnione drewnem zajmowały centralną część salonu, obok dwa miękkie fotele, masywny stół i regały szczelnie powypełniane książkami. W każdym kącie pokoju poustawiane były różne drobiazgi, których historie, w jakiś niepojęty sposób, doskonale znałam.

– Nareszcie jesteś, siostrzyczko – starsza pani o długich, falujących włosach chwyciła mnie za ręce – usiądź – wskazała ręką fotel – na pewno z chęcią napijesz się gorącej herbaty i coś przekąsisz.

– Kanapki z masłem i pomidorem – powiedziałyśmy jednocześnie zgodnym chórem i ogarnął nas głośny, niepohamowany śmiech.

Już wiedziałam.

Po prostu wzięłam głęboki oddech i obudziła się prawda.

Jeden byt wcześniej urodziłyśmy się w tym właśnie domku i byłyśmy nie tylko siostrami, ale i najlepszymi przyjaciółkami. Po wczesnej śmierci rodziców, umeblowałyśmy nasz dom, do którego każdy drobiazg wybrałyśmy wspólnie. Fotele, łóżka w sypialniach i stojące lampy – nic nie było dziełem przypadku. W przyszłości, po założeniu własnych rodzin, planowałyśmy zamieszkać razem, by wspierać się w każdej godzinie życia. Niestety, gdy miałam dwadzieścia parę lat, zachorowałam. Jednak zanim odeszłam z tego świata, obiecałyśmy sobie, że odnajdziemy się w przyszłym życiu, a domek i meble będą dla nas jak magnes, znakiem rozpoznawczym. I żaden kres nie sprawi, że zapomnimy…

         Tak też się stało. Możesz wierzyć w tą historię lub nie, ale właśnie odnalazłam siostrę i rodzinny dom. To jedyne miejsce na świecie, w którym jestem bezgranicznie szczęśliwa. Gdzie, otoczona meblami mojego życia, mogę być w pełni sobą. I gdzie odzyskałam błysk w oczach.

Published by szymanskawriterteacher

I am a writer and teacher who lives in Andalusia. The colours of this place, visible on every single level, inspired me to write a story serie. It is called "Pages from Finca San Mateo" or "Kartki z Finki San Mateo", because I write in two languages - English and Polish.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: